Być w grze. Na okrągło

W czym tkwi potęga skutecznego działania i dlaczego autorytety są ważne?

436

Czy warto organizować się w grupie, poświęcać swój wolny czas, by pomóc młodej dziewczynie wrócić do realizowania pasji? W czym tkwi potęga skutecznego działania i dlaczego autorytety są ważne? O tym, jak dawać i przyjmować pomoc, a także dlaczego fikołki są równie istotne, co zadania domowe, rozmawiamy z koszykarkami: Kasią Dulnik – mistrzynią Polski oraz mistrzynią Europy z 1999 roku i założycielką Fundacji Kasi Dulnik, Zuzią Orzelską – zawodniczką MUKS Piaseczno, jej mamą – Katarzyną Orzelską oraz z trenerką dziewczynki – założycielką Lajkers Club – Magdą Lewandowską.

Rozmawia: Anna Machnowska

Zdjęcia: Marta Machnowska/Foto Głębia Ostrości

13-letnia koszykarka, zawodniczka MUKS Piaseczno – Zuzia Orzelska – doznała w trakcie gry w koszykówkę poważnej kontuzji, zerwania więzadła krzyżowego. Jeden moment mógł przekreślić jej sportową przyszłość. Dzięki inicjatywie i wsparciu koleżanek oraz kolegów, trenerów, a także grupie rodziców w krótkim czasie udało się zebrać kwotę potrzebną na zrefinansowanie kosztownej operacji i rozpoczęcie rehabilitacji dziewczynki. Dlaczego o tym piszemy? Przecież takich historii jest wiele. Co więcej, nie brak w sieci i mediach informacji o akcjach, w ramach których pozyskiwane są środki na ratowanie nie tylko zdrowia, lecz także życia – w tym dzieci i młodzieży. Historia Zuzi – pogodnej, uśmiechniętej, ale i twardej, zdeterminowanej nastolatki – poruszyła nas ze względu na zamieszanie, które spowodował jej nieszczęśliwy wypadek na boisku, w trakcie przedsezonowego obozu przygotowawczego.

Kasia Dulnik i Zuzia Orzelska, fot. Marta Machnowska

Zuziu, w krótkim czasie doświadczyłaś bardzo skrajnych emocji. Z jednej strony – kontuzja, która miała na wiele miesięcy pozbawić Cię możliwości trenowania ukochanej koszykówki. Z drugiej – fala przyjaznych reakcji i działania wielu osób, którym zależało, żebyś jak najszybciej doszła do siebie oraz wróciła do gry…

Zuzia: Wszystko działo się bardzo szybko. Nie zdążyłam jeszcze pomyśleć nad tym, do czego doszło na boisku, a tu nagle pojawiło się tyle przyjaznych osób dookoła, które chciały mi pomóc. To mnie bardzo zaskoczyło. Kiedy upadłam i już wiedziałam, że coś się stało, poczułam duży smutek, bo wiedziałam, co to dla mnie oznacza, jednak z drugiej strony była myśl: „Trudno, stało się”.

Byłaś wcześniej świadkiem tego, że ktoś z Twojego otoczenia leczył się po kontuzji i był wyłączony z gry? Jakie to uczucie dla tak młodej osoby, kiedy to dotyczy nagle Ciebie?

Zuzia: Tak, moja koleżanka obserwowała mecze z ławki przez długi czas. Patrzyłam na nią ze współczuciem, bo nie mogłam sobie wyobrazić siebie w takiej sytuacji. Miałabym siedzieć, kiedy inni walczą na boisku?! Nie mieściło mi się to w głowie. Kiedy dotknęło to i mnie, zrozumiałam, jak koleżance było przykro, kiedy my radośnie skakałyśmy, ciesząc się z sukcesów. Mimo że rozumiem, że to się może zdarzyć każdemu, bywało mi źle z tym, że nie mogłam uczestniczyć w grze.

Jestem wdzięczna za wszelką pomoc, którą otrzymałam. Nie lubię tylko użalania się nade mną. Na szczęście takich sytuacji dotychczas nie było, ale dla mnie osobiście nie byłyby one motywujące, tylko denerwujące. Wolę słowa wsparcia – takie, jakie dostawałam od trenerki, mamy i od wielu osób, które przejęły się moją kontuzją.

Czy tak długotrwała rehabilitacja i fakt, że zostałaś wyłączona na długi czas z gry, sprawiły, że masz jakieś przemyślenia na temat uprawiania sportu?

Zuzia: Dziś bardziej rozumiem, że sport to nie tylko aktywność, lecz także regeneracja. Dzięki niej można być bardziej efektywnym, ale i uniknąć kontuzji. Teraz, kiedy pracuję z rehabilitantami, dociera to do mnie. Jak mówi trenerka Magda: ten czas, który teraz mam, to czas na rekonwalescencję i wzmacnianie całego aparatu ruchu. To ciężka praca. Na co dzień zdrowi zawodnicy też powinni tak na to patrzeć, że trzeba dbać nie tylko o to, by celnie trafiać do kosza – w przypadku mojej dyscypliny – lecz także rozciągać się i właśnie odpoczywać.

Magda Lewandowska (trenerka Zuzi): Dokładnie tak jest!

Zuziu, od jak dawna koszykówka tak mocno wypełnia Twoje życie?

Zuzia: W tym roku minie 5 lat. Na początku to była zabawa, zdarzało mi się nie chcieć iść trenować. Wcześniej był i rysunek, i kółko teatralne, ale to bez treningów koszykówki dziś nie wyobrażam sobie życia. Nawet lekcje robię przed nimi, bo wiem, ile przyjemności mnie czeka i jaki to dla mnie relaks.

Jak na tak młodą zawodniczkę zdobyłaś już sporo wyróżnień. Co czułaś, kiedy pierwszy raz otrzymałaś nagrodę, która była dla Ciebie szczególnie ważna?

Zuzia: Każda nagroda mnie cieszyła, bo moment jej wręczenia pokazuje mi, że to, co robię, ma sens i ciężka praca się opłaca. Jednak nagroda, która jest dla mnie szczególna, to but…

But…?

Zuzia: Tak, dostałam go na Gortat Campie [warsztaty treningowe i turniej – przyp. red.]. Robiliśmy sobie zdjęcia ze sławnymi koszykarzami. Już chciałam odejść, ale zawołano mnie i jeden z nich zdjął z nogi swojego buta i podarował mi go. To był Garet Temple, zawodnik ligi NBA.

Magda Lewandowska: Nie wspomniałaś, Zuziu, ważnej rzeczy. Garet Temple powiedział wtedy, że Ty jesteś jego MVP [most valuable player – najbardziej wartościowy zawodnik przyp. red.] tego turnieju! To ogromne wyróżnienie, kiedy zawodnik tej klasy mówi młodej osobie, że wybrano kogoś innego do tego tytułu, ale dla niego to właśnie Zuzia jest tą, która na to zasłużyła.

Kasiu, do momentu, kiedy poproszono Cię o rozmowę z Zuzią, nie wiedziałaś, że taka zawodniczka istnieje. Co sprawiło, że zdecydowałaś się na spotkanie z nieznajomą dziewczynką, która miała na boisku wypadek, jakich na co dzień zdarza się sporo? Dlaczego ta historia Cię poruszyła?

Kasia Dulnik: Sama się nad tym zastanawiałam. Ja chyba po prostu lubię robić takie rzeczy, trochę to mam w genach po mamie, a trochę jest to pewnie zgodne z teorią, że jak robimy coś dla kogoś, to w istocie robimy to dla samych siebie. Dla tych dobrych emocji. Czasem wystarczy mały gest, który dla nas nie jest wielkim wysiłkiem, a komuś może sprawić radość. Dlaczego więc tego nie robić? Mnie potrzebne jest to ciepło, które mogę dać, i poczucie, że w powietrzu pachnie empatią.

Przeszłam podobne kontuzje, kiedy byłam nastolatką. Pierwsza to uszkodzenie łąkotki, która skończyła się operacją na otwartym kolanie, ponieważ wtedy nie było jeszcze artroskopii. Potem wiele miesięcy dochodzenia do siebie, ciężkiej rehabilitacji. Pamiętam, jak bardzo pomógł mi wtedy jeden z trenerów. Ten, który zajmował się prowadzeniem mojego zespołu, nie był w żaden sposób zainteresowany moim losem, natomiast Grzesiek Kaliski, trener mojego rocznika, okazał mi tyle serca, że dzięki niemu uwierzyłam, iż wrócę jeszcze na parkiet. Zaczęło się od tego, że pewnego dnia przyszedł do mnie do szpitala z prezentem – to były długie koszykarskie skarpetki z błękitnym i różowym paskiem. Zapytał: „Pojedziesz ze mną, Kasiu, na obóz?”. Obiecał, że mi pomoże, i tak zrobił. Woził mnie tam nawet na sankach na posiłki. [śmiech] Wykonałam ciężką pracę, także psychicznie i udało mi się wrócić do gry. Bez niego byłoby to niemożliwe. Do dziś mam z nim dobry kontakt. Z nim i jego synami.

Zdarzyła mi się ostatnio taka historia, że na turnieju koszykówki, gdzie byłam widzem, spotkałam dziewczynę, która miała stabilizator na kolanie i poruszała się o kulach. Zaczepiłam ją z pytaniem: „Co się stało?”. Opowiedziała mi o swojej kontuzji, a że widać było, że jest załamana, podciągnęłam nogawkę spodni i pokazałam jej swoje szramy: „Patrz kochana, ja też miałam taką kontuzję i wróciłam do gry”. I choć oczywiście nigdy nie możemy być pewni, jak skończy się proces leczenia i czy zawodnik w pełni wyzdrowieje, to jednak słowa otuchy mogą bardzo zmienić nastawienie do czasu rekonwalescencji i przywrócić wiarę w sukces. Także tego dnia bardzo cieszyłam się ze swoich blizn, które mogłam jej pokazać. [śmiech]

Magda Lewandowska: To, co mówi Kasia, jest bardzo ważne. Szczególnie w naszych realiach, kiedy opieka medyczna dla sportowców jest na nieakceptowalnym poziomie. Droga Zuzi od momentu kontuzji do diagnozy i interwencji mogła być znacznie krótsza. Choć ona i tak miała wiele szczęścia, bo dzięki zaangażowaniu zaprzyjaźnionych osób udało się doprowadzić do przeprowadzenia operacji w ciągu zaledwie kilku dni.

Zuzia doznała kontuzji w trakcie obozu w Olecku. To, co wydarzyło się w ciągu dwóch dni po wypadku, przeszło moje najgorsze obawy. Odmawianie wykonania niezbędnej w tej sytuacji diagnostyki, nietrafione diagnozy, lekceważenie cierpienia młodej dziewczyny. Czułam się całkowicie bezsilna, choć wiele osób było zaangażowanych w to, aby jak najszybciej znaleźć pomoc dla Zuzi. Pocieszałam przez telefon jej mamę, przywołując wstępne diagnozy, ale podskórnie czułam, że jest bardzo źle. Może dlatego, że ja sama także miałam w przeszłości zerwane więzadło krzyżowe i wiem, jak niepozornie może taki stan wyglądać. Brak opuchlizny, wysięku… Gdyby nie zaangażowanie osób, które zebrały pieniądze na leczenie i rehabilitację dziewczynki – a nie są to małe kwoty, bo sama operacja wiąże się z kosztem około 15 tysięcy złotych – byłaby ona prawdopodobnie skazana na wielomiesięczne oczekiwanie na operację. A to niosłoby ryzyko tego, że nie wróci już na parkiet.

Ja sama doświadczyłam w kontaktach z lekarzami werdyktów, które oznaczały rezygnację ze sportu. Miałam biodra 80-letniej staruszki, kolana babci, a zatem powinnam była przestać biegać, nie mówiąc o powrocie na boisko. Bo przecież najłatwiej jest asekuracyjnie powiedzieć, że pacjent nie może nic robić. Bo a nuż coś mu się stanie.

Kasia Dulnik: Warto szukać dobrych lekarzy, nie dość, że sportowych, to jeszcze dziecięcych. W przypadku choćby właśnie więzadła krzyżowego to bardzo istotne, aby lekarz miał pełną świadomość tego, że nie można takiej kontuzji zostawić niewyleczonej, aż pacjent dorośnie. Bo wtedy już będzie za późno na powrót do sportu. Zresztą tu chodzi też o jak najszybszy powrót do normalnego życia… Ogromnie ważne są w tym odpowiedni czas i sposób rekonwalescencji.

Twoje dzieci grają w koszykówkę, pochodzisz z rodziny o sportowych tradycjach. Koszykówką żyjesz więc cały czas. Jaki wpływ na Twoją córkę i syna miało i ma to, że ich mama była zawodniczką?

Kasia Dulnik: Wojtek wychował się na hali Polonii w Warszawie, przesiąkł tym bardzo mocno, więc była to dla niego naturalna ścieżka. Wiedział nawet, że linii boiska się nie przekracza i nigdy jej nie przekroczył. [śmiech] Hania miała zawsze własne zdanie, chciała robić coś po swojemu, bo jest do mnie bardzo podobna charakterologicznie. [śmiech] Jednym z etapów tej indywidualnej ścieżki był wyjazd na obóz taneczny. Córka po dwóch dniach od wyjazdu zadzwoniła do mnie ze słowami: „Mamo, tu są wszyscy mniejsi ode mnie, zabierz mnie stąd, proszę”. I tak zaczęła uprawiać koszykówkę, dość późno, bo w piątej klasie, ale w niczym jej to nie przeszkodziło. Obydwoje podjęli taką decyzję sami. Może lepiej by było, gdyby grali w siatkówkę, na której się nie znam. Wszystkim nam byłoby łatwiej. [śmiech]

Moje dzieci na szczęście ominęły poważniejsze kontuzje – odpukać w niemalowane – ale jako zawodniczka czy trener widziałam wiele poważnych przypadków. To bolesne dla rodzica, kiedy dziecko cierpi, ale i to, że przeżywa porażki wcale nie jest łatwiejsze. Dlatego powtarzam często rodzicom, że nie można przesadzać z emocjami w żadną ze stron. Ani nie popadać w euforię, kiedy dziecko zdobędzie dwadzieścia punktów, ani w czarną rozpacz, gdy nie rzuci choć jednego. To jest niezdrowe. Takie emocje uderzają mocno w dzieci. One – nawet jeśli mówią inaczej – bardzo liczą się z tym, co myślą i mówią rodzice, ich akceptacja jest dla nich bardzo ważna.

Magda Lewandowska: Tak, to bardzo przykre, że część rodziców tak przekracza granice…
Katarzyna Orzelska (mama Zuzi): Wychodzę z założenia, że na trenowaniu mojej córki zna się przede wszystkim trenerka. Nie wtrącam się, w pełni ufam Magdzie. Jeśli podnosi głos, to znaczy, że był ku temu powód. Zresztą Zuzia nigdy nie skarżyła się na to, w jaki sposób jej trenerka zwracała dziewczynom uwagę, korygowała błędy. Jednak ciężko jest wyłączyć emocje… Szczególnie, kiedy wiem, jak zawiedziona potrafi być Zuzia, gdy coś jej nie wychodzi. Śmieję się wtedy do innych mam: „No, dziś to ja mam już w domu przechlapane, będzie jęczenie znowu…”. [śmiech] Jednak była taka sytuacja, w której tuż po tym, jak wyraziłam swoje ubolewanie, że Zuzia przez kontuzję nie będzie mogła wziąć udziału w treningach kadry, wiedziałam, że popełniłam duży błąd… Córce było i tak przykro, miała do mnie żal o tę uwagę.

Wróćmy, proszę, na chwilę do tematu zbiórki na leczenie Zuzi. Jak udało się ją zorganizować i w tak krótkim czasie zebrać środki niezbędne na pokrycie najpilniejszych kosztów?

Magda Lewandowska: Nasze piaseczyńskie sportowe środowisko – skupiające rodziców, trenerów, samych zawodników i sympatyków koszykówki – działa dość prężnie. Stworzyliśmy taką małą, ale zaangażowaną społeczność. Wyraźnie można było to odczuć, kiedy wiosną udało nam się zebrać fundusze na wyjazd naszych zawodniczek i zawodników na turniej koszykówki w Chorwacji. To było ogromne marzenie młodzieży. Dzięki licznym działaniom naszej koszykarskiej rodziny – w tym organizacji stoisk z domowymi wypiekami i lemoniadą – w trakcie lokalnych imprez plenerowych udało się dzieciakom, z naszą pomocą, zebrać odpowiednie fundusze na ten cel. Myślę, że ten sukces dał nam wszystkim napęd do zaangażowania się w zbiórkę na rzecz Zuzi i wiarę, że możemy być w tym skuteczni. Od września mieliśmy zbierać pieniądze na udział w kolejnym wyjazdowym turnieju świątecznym. Jednak sprawa Zuzi okazała się w tym momencie znacznie ważniejsza, dlatego przekierowaliśmy naszą energię. Spotkaliśmy się też z ogromną życzliwością wielu osób u nas, lokalnie, które stworzyły nam przestrzeń do organizacji i nagłaśniania zbiórki.

W akcji dla Zuzi poszerzyliśmy zakres działania. [śmiech] Stąd uczestnictwo rodziców w zawodach kajakowych, przeprowadzenie aukcji przedmiotów przekazanych przez nas i naszych przyjaciół na leczenie Zuzi, a także licytacja piłki do kosza przekazanej przez Kasię Dulnik.

Słyszałam o pięknym geście grupy kajakarzy, którzy wylicytowali zbiorowo tę piłkę, a następnie przekazali ją Zuzi z życzeniami jak najszybszego powrotu na parkiet.

Katarzyna Orzelska: Tak, to było bardzo wzruszające…

Magda Lewandowska: Zuzia jest taką dziewczynką, której pomaga się szczególnie łatwo. Jej zaangażowanie na co dzień we wszystko, co robi, pokazuje, jak bardzo jej na tym zależy. Jest na każdym treningu, dobrze się uczy, jest oczytana. Wyznacza sobie kolejne cele i konsekwentnie je realizuje. Potrafi czytać o kampanii wrześniowej, rozciągając się jednocześnie przed treningiem. [śmiech] Bardziej serio – to, przez co Zuzia teraz przechodzi, to poważna lekcja życia. Podziwiam jej determinację, a jednocześnie pokorę.

Kasiu, zwracam się do mamy Zuzi, zadam Ci dość trudne, jak myślę, pytanie. Jak to jest przyjmować pomoc?

Katarzyna Orzelska: Trudno. Wiadomo, że kiedy to pomoc dla dziecka, to honor schodzi na drugi plan. Jednak wielokrotnie borykałam się z dręczącymi myślami, przez długi czas nie umiałam z podniesioną głową przyjmować tych wszystkich wspaniałych gestów, które pozwoliły na sfinansowanie leczenia Zuzi. Powiem coś, co może będzie kontrowersyjne, ale niestety często spotykaną w naszym społeczeństwie postawą jest ocenianie, czy ktoś zasługuje na pomoc – w kontekście sytuacji materialnej. Jeśli ktoś żyje na średnim poziomie, a do tego współorganizuje zbiórkę na leczenie dziecka, aby mogło ono wrócić do kariery sportowej, to bywa, że spotyka się to z krytyką. Obawiałam się tego, że zaszkodzi ona akcji – choć wiedziałam, o co walczę. Dla mnie kwota 15 tysięcy złotych do wyjęcia na już była w momencie kontuzji Zuzi nieosiągalna. Cieszę się, że mogłam się zaangażować na wielu poziomach zbiórki, ale przede wszystkim jestem wdzięczna wszystkim tym, którzy włożyli tyle czasu, energii i zaangażowania, aby moja córka mogła wrócić do realizacji swojej największej pasji.

Kasia Dulnik: Mamy w fundacji podopieczną, która zupełnie nie potrafi prosić o pomoc. Znalazła się w bardzo trudnej sytuacji życiowej i w pełni zasługuje na to, by ją wesprzeć. Jednak doświadczyła problemów na różnych etapach swoich starań o poprawę warunków, ponieważ jej przekleństwem jest to, że jest… piękną kobietą. Dopiero, kiedy udałam się z nią do różnych ośrodków, gdzie mogłaby uzyskać jakieś wsparcie, jej sytuacja stała się dla niektórych osób bardziej wiarygodna. To przykre.

Istnieje taka opinia, że nic w życiu nie dzieje się bez przyczyny. Mam takie wrażenie – poprawcie mnie, panie, proszę, jeśli się mylę – że zbiórka na wyjazd do Chorwacji była podwaliną do zbudowania tak zgranej, spontanicznej i energetycznej społeczności – zawodników, trenerów, rodziców…

Magda Lewandowska: Myślę, że tak, bo w ludziach jest ogromny potencjał do działania w grupie. Tylko jesteśmy nieco uśpieni, bo w naszych warunkach nadal zbyt mało nacisku kładzie się na tworzenie, współpracę, na rzecz namawiania do osiągania indywidualnych celów, wygranych w zestawieniach. W naszej sytuacji okazało się, że to, iż możemy się spotkać jako ci, dla których koszykówka, a przede wszystkim te dzieciaki i ich pasja są ważne, jest świetną okazją do tego, by lepiej się poznać. Polubiliśmy się, a więc organizacja pikników, sprzedaży ciast i innych wspólnych działań nie była żmudną pracą, ale przyjemnością, sposobem na fajną zabawę, spędzanie razem weekendów. To wielka wartość dodana całej tej akcji – nowa energia i wiele radości.

Jeśli doszłoby znów – oby nie! – do takich sytuacji, że któryś z zawodników odniesie kontuzję, to Zuzia i jej koleżanki na pewno staną w pierwszym szeregu do walki o zebranie środków na leczenie. Warto tu też wspomnieć, że kluby sportowe powinny dbać o ubezpieczanie swoich zawodników na wypadek konkretnych, tak groźnych w skutkach, kontuzji i umożliwić im w ten sposób dostęp do specjalistycznej opieki zdrowotnej w razie wypadku.

Kasiu, prowadzisz fundację propagującą sport, a zwłaszcza koszykówkę. Pomagacie tym, którzy chcą bawić się sportem, a także byłym sportowcom w trudnej sytuacji. Czy Twoim zdaniem, aby zainteresować otoczenie taką misją, potrzebne jest nazwisko kojarzone z sukcesami? Za czym podążają ludzie – za nazwiskiem i sławą, charyzmą, celem?

Kasia Dulnik: Przez długi czas namawiano mnie do założenia fundacji. Długo się przed tym wzbraniałam, aż któregoś dnia poczułam, że jest szansa zrobić tym sposobem coś dobrego. Następnie nie chciałam przyznać, że moje nazwisko w nazwie fundacji jest konieczne, a przynajmniej, że może być pomocne. Dałam się w końcu przekonać do obu idei, ale nadal, kiedy zakładam koszulkę z napisem Fundacja Kasi Dulnik, to jakoś mi dziwnie. Dobrze, że logo jest ładne… [śmiech] Natomiast już się przekonałam o tym, że dzięki temu, iż moje nazwisko jest w nazwie, więcej mogę zdziałać. Jednak samo bez charyzmy może niewiele dać, a i ona bez nazwiska może być mało skuteczna. Dlatego dobrze, jeśli uda się te wszystkie elementy połączyć.

Jak realizujecie swoją fundacyjną misję?

Kasia Dulnik: Założyłam fundację w 2015 roku, żeby promować sport jako sposób na zdrowy tryb życia i poczucie szczęścia na co dzień. Sport to moje życie, dlatego od lat staram się propagować modę na ruch i zdrową rywalizację. W Polsce wciąż jest wiele miast, gdzie ciężko znaleźć miejsce do treningu, gdzie nie ma nikogo, kto wskazałby młodzieży właściwą drogę. Czasami też nie wystarczą odpowiednia lokalizacja i motywacja, bo potrzebny jest realny zastrzyk finansowy. Po to właśnie powstała Fundacja Kasi Dulnik. Aby pomagać spełniać sportowe marzenia WSZYSTKIM, którzy czują, że poprzez sport mogą znaleźć swój fragment wszechświata, swoje szczególne miejsce na ziemi. Pomagamy także finansowo dzieciom i młodzieży w uprawianiu sportu oraz w udziale w zawodach sportowych. Staramy się uczestniczyć jak najmocniej w życiu sportowym – szczególnie dzieci. Organizacja turniejów, pikników, treningów indywidualnych to moja pasja, w której się spełniam. Naszą misją jest też pomaganie byłym sportowcom, którzy dziś mają kłopoty ze zdrowiem.

Skąd w świadomości wielu rodziców i nauczycieli przekonanie, że treningi sportowe są mniej istotne niż odrabianie lekcji?

Magda Lewandowska: Boli mnie fakt, że nieobecności dzieci na lekcjach w szkole są traktowane tak radykalnie w stosunku do braku uczestnictwa w zajęciach sportowych. Dlaczego tak się dzieje? To zapewne z przekonania, że fikołki nie są tak ważne, jak poważna nauka. Tak wiele przedmiotów w szkole przekazywanych jest dzieciom bez pasji, z poziomu obowiązku.

Narzędzia egzekwowania uczestniczenia w zajęciach szkolnych oraz widma problemów ucznia i rodziców mają taką moc, że wielu osobom nie przyjdzie do głowy, że rozwijanie się przez sport w żaden sposób nie ustępuje roli nauki. A bywa, że to pierwsze na różnych etapach życia jest nawet ważniejsze. Pozwala nauczyć się odpowiedzialności za siebie i innych, współdziałania w zespole. Przez to, że sport młodzieżowy w Polsce praktycznie nie istnieje – jest jak kolos na glinianych nogach – przekonanie o tym, że nie warto inwestować w niego swojego czasu, pogłębia ten problem…

Kasia Dulnik: W mojej opinii oba obszary życia są równie ważne. Ta symboliczna informatyka poniekąd jest ważniejsza. Niestety. Najzdrowsza sytuacja, z perspektywy rozwoju umiejętności intelektualnych, fizycznych oraz społecznych dzieci i młodzieży, miałaby miejsce, gdyby nauka nie przeszkadzała realizowaniu się w sporcie, i odwrotnie. Mało jest nadal w naszym społeczeństwie świadomości, jak ważny jest sport w rozwoju ogólnym dziecka. Że niczego nie zabiera. Dobrze by było, żeby dziecko raz w tygodniu szło na pływalnię, a potem raz w tygodniu – na zajęcia informatyki. Z czasem, powiedzmy, dwa dni w tygodniu spędzi na informatyce czy innych ulubionych zajęciach, a w pozostałe trzy dni będzie uprawiało sport. Dzięki temu, że pójdzie na treningi: dotleni się, nauczy rozpoznawać emocje i radzić sobie z nimi, osiągać cele, wierzyć w siebie i współpracować.

W ramach fundacji rozpoczynamy niebawem cykl szkoleń, przy rekomendacji AWF, dla nauczycieli klas 1–3 oraz wychowawców i opiekunów w przedszkolach. Ma on na celu nauczenie tych osób, jak mogą w ciekawy sposób prowadzić zajęcia sportowe dla dzieci. Fundacja podpisała umowę z SP nr 3 w Nidzicy i objęła ją patronatem sportowym. Ruszyła też akcja, wspólnie z La Basket, promująca sport wśród najmłodszych. To wielka radość dla osiemdziesięciorga dzieciaków, które z uśmiechem uczą się nowych rzeczy. Moim marzeniem jest, aby zaszczepić w nich miłość do sportu. Złoty medal mistrzostw Europy, który pokazuję im na początku spotkania, ma magiczną moc.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

 

Zuzia Orzelska:
Dziś bardziej rozumiem, że sport to nie tylko aktywność, lecz także regeneracja. Dzięki niej można być bardziej efektywnym, ale i uniknąć kontuzji. Teraz, kiedy pracuję z rehabilitantami, dociera to do mnie. Jak mówi trenerka Magda: ten czas, który teraz mam, to czas na rekonwalescencję i wzmacnianie całego aparatu ruchu. To ciężka praca.

 

Magda Lewandowska (trenerka Zuzi):
Narzędzia egzekwowania uczestniczenia w zajęciach szkolnych oraz widma problemów ucznia i rodziców mają taką moc, że wielu osobom nie przyjdzie do głowy, że rozwijanie się przez sport w żaden sposób nie ustępuje roli nauki. A bywa, że to pierwsze na różnych etapach życia jest nawet ważniejsze.

Katarzyna Orzelska (mama Zuzi):
Ciężko jest wyłączyć emocje, będąc rodzicem sportowca… Szczególnie, kiedy wiem, jak zawiedziona potrafi być Zuzia, gdy coś jej nie wychodzi. Śmieję się wtedy do innych mam: „No, dziś to ja mam już w domu przechlapane, będzie jęczenie znowu…”.

Kasia Dulnik:
Spotkałam dziewczynę, która miała stabilizator na kolanie i poruszała się o kulach. Zaczepiłam ją z pytaniem: „Co się stało?”. Opowiedziała mi o swojej kontuzji, a że widać było, że jest załamana, podciągnęłam nogawkę spodni i pokazałam jej swoje szramy: „Patrz kochana, ja też miałam taką kontuzję i wróciłam do gry”.

#DAWAJZUZIA
youtube.com/#dawajzuzia

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.