Ile tchu w piersi

"To jest niesamowite, jak ogromną siłę mają zwyczajne słowa, z których tworzymy pewną budującą historię."

186

Wszyscy lubimy mieć kontakt z mądrymi i ładnymi ludźmi, tylko nie każdy z nas… się do tego przyznaje. Szybko też oceniamy – piękna, brzydka, mądra, pusta, ma łatwo w życiu, jej to wszystko się udaje. O Milenie Malinowskiej dowiaduję się z Facebooka. Zaczynam śledzić jej profil, bo publikuje zmuszające do myślenia posty, a do tego jest zjawiskową kobietą. Kiedy któryś raz zauważam wśród jej wpisów relację z odwiedzin u dzieci chorych na nowotwory lub zachętę do zostania dawcą szpiku, zaczynam podejrzewać, że za bardzo głębokimi i przemyślanymi słowami na tablicy tej 25-latki kryje się jakaś trudna historia.

Rozmawia: Anna Machnowska

Zaczynamy rozmowę i słyszę: „Już, już, chwileczkę, tylko sprawdzę sernik”. Myślę: „Czy jest coś, czego ta dziewczyna nie potrafi?”. Z informacji, które udało mi się wcześniej o niej zebrać, wynika, że jest bardzo wszechstronna, energiczna, do tego wyjątkowo społeczna. Spotkanie i rozmowa tylko to potwierdzają. Do tego: pasja w działaniu, zaraźliwy optymizm, niezwykła uroda i wyjątkowa skromność. To dość rzadko spotykane dziś połączenie i… realne cechy Mileny Malinowskiej. Co istotne, nie są one wykalkulowaną częścią marki, którą tak wiele, mniej lub bardziej, popularnych osób konsekwentnie tworzy.

Kiedy umawiamy się na sesję fotograficzną, naszą redakcję witają dwie Mileny. Bohaterka okładki tego wydania „SWAY” postanowiła przedstawić nam kogoś, kto odegrał w jej wygranej z przeciwnościami losu bardzo ważną rolę. „Co ona Pani o mnie naopowiadała…?” – pyta druga Milena. „Nie mogę powiedzieć” – odpowiadam zgodnie z prawdą. „Obiecałam Pani przyjaciółce, że przeczyta to Pani dopiero, kiedy ukaże się wydanie naszego magazynu”.

Nie jest Pani celebrytką, a jednak cieszy się dużą popularnością w mediach społecznościowych i nie tylko. Do tego jest Pani piękną, świadomą siebie kobietą, która rozwija swoją zawodową pasję, czerpie z życia garściami, jest pełna energii i kocha wyzwania. Na Pani tablicy na Facebooku nie brak wpisów na temat zaangażowania w sprawy osób cierpiących na nowotwory, szczególnie dzieci. Nie każdemu, kto dołączył do grupy obserwujących Panią w sieci osób, od razu przyszło do głowy, że Pani zapał do pomagania innym jest konsekwencją przebytej choroby nowotworowej…

Bardzo się cieszę, że moje życie i to, co mnie spotkało, wywiera na środowisko, w którym funkcjonuję, taki pozytywny wpływ. To jest niesamowite, jak ogromną siłę mają zwyczajne słowa, z których tworzymy pewną budującą historię. Wielu ludzi szuka pocieszenia u innych osób, w innych opowieściach. Potrzebują wsparcia, nie na zasadzie „będzie dobrze”, lecz niezłomnych, niepodważalnych faktów, że można to przeżyć, a – co więcej – można też spełnić swoje marzenia i wieść szczęśliwe życie, a z choroby zapamiętać tylko najcenniejsze chwile. Jestem dumna z tego, że udało mi się pokonać chorobę nowotworową i z tego, kim jestem, bo nie wiem, jak potoczyłoby się moje życie, gdyby nie kilka lat spędzonych na oddziale onkologicznym.

Ile tchu w piersi

Na zdjęciu: Milena Malinowska z Mileną Wojtyniak, o której opowiedziała w rozmowie – panie do dziś są serdecznymi przyjaciółkami i angażują się wspólnie w wiele działań

Czy choroba zburzyła Pani ówczesny świat?

Przyszła niespodziewanie. Chyba nikt nie jest gotowy na takie wieści. Wręcz przeciwnie, ludzie zazwyczaj twierdzą, że ich to na pewno nie dotyczy. Ze mną było podobnie. Była zima, więc nikogo nie dziwiło moje przeziębienie ani ból głowy. Bagatelizowałam też siniaki. Wszystko stało się tak szybko… Rano byłam na badaniach krwi, a po kilku godzinach leżałam na sali miejskiego szpitala. Zanim dzień dobiegł końca i zdążyłam oswoić się z nową sytuacją, zostałam przewieziona karetką na sygnale do placówki w Warszawie. Od tego momentu mój świat zamknął się w czterech ścianach – sali szpitalnej kolorowej od rysunków dzieci. Wszędzie maluchy z łysymi głowami. Nie wiedziałam, co się dzieje. To było tak bardzo nie moje otoczenie.

Dopiero po dwóch tygodniach dowiedziałam się, z jakiego powodu znalazłam się na tym właśnie oddziale. Wraz z rodzicami zostałam wezwana przez lekarzy na rozmowę. „Masz białaczkę”… Cisza i ja zatopiona we wzroku rodziców, którzy czekali na moje pierwsze słowo. Wszystko się zatrzymało. Pomyślałam: „Umrę”. Właściwie pamiętam tylko jedno pytanie, które wtedy zadałam: „Kiedy wypadną mi włosy?”, i to, że rozpłakałam się. Potem były długie chwile milczenia i powtarzanie w myślach: „Białaczka”. Po co? Żeby jakoś się z nią… zaprzyjaźnić. W końcu miałam z nią spędzić kawałek życia.

Ile tchu w piersiAle później się okazało, że to nie jest takie proste?

Przez pierwszych kilka tygodni nie widziałam żadnych pozytywnych aspektów tego, co się wtedy działo. Byłam zła na cały świat i na siebie, że jestem tak bezradna. Oddział, na którym spędziłam kilka miesięcy życia, wypełniony był smutkiem, ale i przeogromną radością w podążaniu wspólną drogą. Do każdego z nas przyszła w pewnym momencie myśl, że pomóc możemy sobie tylko my sami. Uważam, że gdyby nie przyjaciele, których tam znalazłam, oraz Fundacja Spełnionych Marzeń, znieść trud choroby i ból byłoby dużo ciężej. Bo właśnie człowiek człowiekowi jest do szczęścia najbardziej potrzebny i idealnie zrozumiałam te słowa w najgorszym dla siebie momencie życia.

Kiedy nastąpił punkt zwrotny i przyszła mobilizacja do walki z chorobą?

Po tych kilku tygodniach zostałam przez lekarzy zmuszona do poznania mojej rówieśniczki, a zarazem imienniczki z innej sali. Zaprowadzili mnie do niej – smutną, załamaną i w poczuciu braku perspektyw. A po wyjściu z jej sali byłam… inną dziewczyną. To był prawdziwy przełom. Stałyśmy się nierozłączne. Rozumiałyśmy się bez słów.

Koleżanka była już o krok dalej w walce?

Milena miała inną chorobę – aplazję szpiku. Ja – białaczkę limfoblastyczną. Nie mogłyśmy się wspierać stricte w sprawie leczenia, chociażby dlatego, że przebiegało ono całkowicie inaczej. Ja straciłam włosy, nie miałam brwi, rzęs, Milena zaś borykała się z innymi problemami. Łączył nas jednak ten sam oddział. Dzięki ludziom, których tam poznałam, w tym Milenie, doszło do momentu, w którym nie mogłam się doczekać… aż znowu wrócę do szpitala. W moim rozumieniu nie była to już kara – to był po prostu etap.

Ile tchu w piersiNa czym polegała Wasza relacja? Jak dawałyście sobie wzajemnie oparcie?

Byłyśmy wtedy jeszcze dziećmi – miałyśmy zaledwie po 14 lat. Wspierałyśmy się, rozmawiając o tym, jakie miałyśmy życie przed chorobą. Gdy Milena miała izolację, pisałyśmy listy i wsuwałyśmy je pod drzwi. Przechowuję je do dziś. Wyobrażałyśmy sobie siebie za kilka lat. Chyba to zadziałało…

Kiedy poczuła Pani potrzebę, aby pomagać innym w zmaganiu się z chorobą?

Bardzo długo nie potrafiłam otwarcie rozmawiać o swojej przypadłości. Przez pewien czas chciałam się odciąć od tego tematu, bo – mimo że chorobę pokonałam – była ona dalej ze swoimi konsekwencjami w moim życiu mocno obecna. Początkowo zaczęłam zajmować się wolontariatem niezwiązanym z nowotworami. Zamieszkałam w Siedlcach. Będąc wolontariuszką w fundacji Caritas, pomagałam osobom starszym, potem rozpoczęłam współpracę z DKMS Polska oraz z Urszulą Jaworską. Zaczęłam organizować dni dawcy szpiku kostnego, udało mi się zarejestrować kilkaset osób. Potem jednak przeprowadziłam się do Warszawy, mój projekt w Siedlcach przejął Maciej Turkowski, a ja… zaczęłam odwiedzać najbardziej bliski memu sercu oddział onkologiczny w szpitalu, w którym uratowali mi życie. Zatopiłam się w tym! Odnalazłam szczęście w przychodzeniu tam, zaczęłam na chorobę patrzeć jak zwycięzca, przestałam bać się nawrotu. Powiedziałam sobie, że kiedyś chciałabym pokazać ludziom moje zdjęcie, kiedy byłam bez włosów. Z biegiem czasu dojrzałam do tej decyzji i opublikowałam swoją historię, która potem krążyła po całej Polsce. Tysiące lajków na Facebooku, setki komentarzy, udostępnień i prywatnych wiadomości. Dało mi to nieomal magiczną siłę i utwierdziło w przekonaniu, że jestem odpowiednią osobą w odpowiednim miejscu. Wierzę, że tak właśnie miało być. Cieszę się, że mogę spłacić swój dług wdzięczności za pomoc, którą otrzymałam, i chcę ją nieustannie przekazywać dalej. Niech idzie w świat!

Ile tchu w piersi

Nawet w swoim salonie [urody – przyp. red.] zachęca Pani do zarejestrowania się jako dawca szpiku, dużo na ten temat opowiada. Czy wierzy Pani, że taka edukacja u podstaw potrafi dać tak samo dużo, jak szeroko zakrojone kampanie społeczne?

Jest taka smutna prawda, że ludzi nie obchodzi to, co ich nie dotyczy. Dlatego rozwinęłam rejestrację dawców szpiku w swoim gabinecie. Gdy na fotelu kosmetycznym siedzi stała klientka, nawet znająca mnie od lat, często przez myśl jej nie przejdzie, że mogę mieć do czynienia z poważną chorobą. W momencie, w którym proponuję jej bycie dawcą szpiku kostnego, czas zdaje się na chwilę zatrzymywać. Pada pytanie, dlaczego się tym zajmuję. I nagle taka kobieta dowiaduje się faktów, dzięki którym przewartościowuje w pewnym sensie swoje życie i często podejmuje decyzję o zarejestrowaniu się. Bo poniekąd zaczęło jej to dotyczyć. Oczywiście kampanie są bardzo potrzebne i to dobrze, że istnieją. Jednak osoby mające bezpośrednią styczność z problemem mają zdecydowanie większą siłę i magię przekonywania.

Co Pani czuje, kiedy widzi dzięki swoim działaniom świadomość budującą się w napotkanych osobach?

Boimy się tego, czego nie znamy. To dotyczy także chorób i ich przebiegu. Dlatego, kiedy widzę, że ktoś otwiera się na temat nowotworów, czy rozważa zostanie dawcą szpiku, czuję satysfakcję i radość, że moje rozmowy i uświadamianie po prostu działają. Jestem dumna, że potrafię w kimś zmienić myślenie i nastawienie do pewnych spraw. Ponadto świadomość, że być może właśnie na tę osobę czeka genetyczny bliźniak, jest czymś niesamowitym. Wielu moich znajomych niestety nie znalazło dawcy. To był dla mnie dodatkowy impuls do działania.

Ile tchu w piersi

Udziela się Pani także charytatywnie, wspierając pracę różnych fundacji…

Tak. Poprzez Fundację Spełnionych Marzeń oraz PoCANCERowanych mam między innymi możliwość uczestniczenia jako wolontariuszka w wydarzeniach onkologicznych, takich jak np. Onkoolimpiada, spotkania cancer clubu. Odwiedzam dzieciaki na oddziale onkologicznym w Instytucie Matki i Dziecka – bawimy się, gramy, rozmawiamy. W Dzień Kobiet zawitałam na oddział z lakierami do paznokci, malując dzieciakom oraz ich mamom wzorki na paznokciach. Z fundacji DKMS w dalszym ciągu otrzymuję pakiety rejestracyjne dla potencjalnych dawców, więc pomagam także i w tym.

Spotykamy się w Pani salonie urody, gdzie zajmuje się Pani zdobieniem paznokci. Kiedy odkryła Pani w sobie artystyczny talent?

Od zawsze interesowały mnie manualne i artystyczne specjalności. Jednak szybko się nudzę i ciągle szukam sobie nowych zajęć. Studiowałam charakteryzację i malarstwo, co wykorzystałam w swojej pracy w gabinecie kosmetycznym przy wykonywaniu makijaży okolicznościowych. Życie poprowadziło mnie taką drogą, że zaczęłam malować na powierzchniach 12 mm × 8mm, czyli… paznokciach [śmiech]. Odnalazłam się w tej pracy, ponieważ stała się też moją pasją. Jednak z uwagi na to, że straciłam w ten sposób hobby, które mogłabym rozwijać po pracy [śmiech], pomyślałam, że świetnym rozwiązaniem byłoby ukończenie kursu cukierniczego. Teraz spędzam sporo czasu w kuchni, piekę ciasta, torty i muffinki. W planach mam jeszcze odbycie kursu krawieckiego, gdyż marzę o własnoręcznym uszyciu swojej własnej sukni ślubnej.

To stąd ten sernik [śmiech]!

Tak [śmiech]. Zrozumiałam, że życie jest krótkie i nigdy nie wiemy, co nam przyniesie los, więc trzeba korzystać z danych nam dni, ile tchu. Stąd też próbuję swoich sił w każdy możliwy sposób, także bardziej ryzykowny niż pieczenie ciast – skaczę ze spadochronem, nurkuję oraz latam w tunelu aerodynamicznym [śmiech].

Ile tchu w piersi

Jaki ma Pani stosunek do własnego ciała, będąc po tak ciężkiej chorobie? Miała Pani do niego żal, że… zawiodło?

Moje ciało dostało porządnie w kość – dosłownie. Tyłam i chudłam. Sterydy zostawiły po sobie wiele pamiątek w postaci blizn. Mam zniszczone kości. Nabawiłam się osteoporozy i martwicy głów kości udowych – mam dwie endoprotezy stawów biodrowych. Na moim ciele zostały ślady po cięciach oraz wszczepieniu dojścia centralnego. Kiedyś? Płakałam. Dziś? Akceptuję moje ciało. Jeśli ktoś ma problem z tym, jak ono wygląda, to jest to… jego problem. Na tyle, na ile pozwala mi obecny stan zdrowia, staram się spędzać czas aktywnie, jeżdżąc na rowerze, pływając. Inwestuję coraz więcej wolnego czasu w zdrową dietę, częściej gotuję naturalne sosy, pokochałam robienie przetworów, a jednym z moich marzeń jest posiadanie spiżarni na moje słoiki [śmiech].

Rozumiem, że kurs krawiectwa i własna spiżarnia to to, czego możemy Pani dziś życzyć?

Dokładnie tak. Takie marzenia mam na najbliższy czas. Myślę, że wkrótce pojawi się sporo nowych [śmiech].

Dziękuję za rozmowę.

Gdyby nie przyjaciele, których tam [w szpitalu – przyp. red.] znalazłam, oraz Fundacja Spełnionych Marzeń, znieść trud choroby i ból byłoby dużo ciężej. Bo właśnie człowiek człowiekowi jest do szczęścia potrzebny i idealnie zrozumiałam te słowa w najgorszym dla siebie momencie życia.

Zostałam wezwana przez lekarzy na rozmowę. „Masz białaczkę”… Cisza i ja zatopiona we wzroku rodziców, którzy czekali na moje pierwsze słowo. Wszystko się zatrzymało. Pomyślałam: „Umrę”. Właściwie pamiętam tylko jedno pytanie, które wtedy zadałam: „Kiedy wypadną mi włosy?”, i to, że rozpłakałam się.

Milena Malinowska

Z wykształcenia kosmetolog. Pracuje jako szkoleniowiec artystycznego zdobienia paznokci i wizażystka oraz prowadzi swój salon Lamilu Nails & Visage by Milena Malinowska w Warszawie. Zdobywczymi wielu prestiżowych nagród: • I miejsce Nail Master Cup Manicure Soak off • III miejsce Nail Master Cup Salonowy sztylet „piękno orchidei” • III miejsce Nail Master Cup Nail Art. „science fiction” • I miejsce Nails Olympic Show Perfect French manicure hybrydowy 2016 • Wyróżnienie – Wiosenne inspiracje – Hybrid show 2016 • II miejsce i nagroda publiczności Mistrzostwa Nailart Trophy „Rockstar – Crazy and Wild” 2016 • I miejsce Nailympion Rzym w kategorii Soak Off Nail Art 2016 dywizja III • I miejsce Nail Pro 2015 soak off • III miejsce Nail Pro 2015 On my own • I miejsce Mistrzostwa Manicure Hybrydowego Black& White 2015 • II miejsce Nails Olympic Show Perfect French mnicure hybrydowy 2015 • I miejsce Mistrzostwa Sweet Nails 2010 “Tajemnica czarnego lądu”.

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.