Ruiny w kadrze

Fotografia z duszą

179

Przechodzimy koło nich raczej obojętnie, bywa że z odrazą, czasem z lękiem przed tym, co lub kto może się w nich kryć. Paweł Łuszczewski dostrzega w ruinach coś więcej niż tylko stare pensjonaty, opuszczone fabryki czy kamienice do rozbiórki.

Rozmawia: Anna Machnowska, zdjęcia: Pawell – Paweł Łuszczewski

Opuszczone miejsca często kojarzą się z przemijaniem, starością, byciem zapomnianym i niepotrzebnym. Na Pana zdjęciach wygląda to inaczej. I nie jest jednoznaczne. Czy to zamierzony efekt?

Dla wielu z nas opuszczone miejsca to po prostu zwykłe ruiny, budynki, które powinny zniknąć z mapy miasta, bo postrzegane są jako wylęgarnia zagrożeń – schronienie ludzi z marginesu, bezdomnych.

Z mojej perspektywy opuszczone miejsca to historia miasta. Dlatego powinny być otoczone opieką. Należy je remontować, aby mogły nadal funkcjonować. Tymczasem wiele pięknych budynków, w tym kamienic, niszczeje.

Pan zatrzymuje je w takim stanie w kadrze.

Tak, to jedyny sposób, żeby o nich pamiętać. Dlatego tworzę ten swoisty reportaż, by móc te miejsca utrwalić w naszej świadomości.

Wyszukuje Pan budynki, nad którymi wisi wyrok. I co dalej?

Spieszę, by zdążyć je sfotografować. Przykładem jest warszawski Uniwersam Grochów, który obecnie jest w trakcie rozbiórki. Od jakiegoś czasu nie skupiam się jednak tylko na tych budynkach, które już są ruiną, ale staram się też fotografować miejsca, które wiem, że w ciągu kilku najbliższych lat mogą zniknąć z mapy miasta. Uwieczniam je, póki jeszcze jest w nich klimat „żywych” miejsc. Wtedy to trochę więcej niż tylko obrazek.

Jest w Panu jakiś element niezgody na ingerowanie w architekturę miasta?

Zdecydowanie. Boli mnie, że w Warszawie jest taki bałagan architektoniczny. Rozumiem, że miasto musi się rozwijać, ale uważam, że można to zrobić w sposób pozwalający na zachowanie ogromu perełek architektonicznych. Przykładem – moim zdaniem – dobrze rozwiniętego miasta, z zachowanymi elementami dawnej architektury, a jednak spójnego, jest Berlin. W Warszawie coraz bardziej razi mnie miszmasz. Nie wszystkie aspekty rozwoju miasta uważam za przemyślane.

Skąd taka wrażliwość? Jest Pan varsavianistą?

To chyba za dużo powiedziane. To moje miasto, tu się urodziłem, tu żyję. Zależy mi na pokazaniu Warszawy z różnych stron. To miasto ma wiele oblicz.

Co do wrażliwości… Myślę, że ja po prostu widzę w tych budynkach coś więcej niż inni. Bardziej je przeżywam.

Na wielu Pana zdjęciach zwraca uwagę element, który nazwałabym „opuszczone przed chwilą”. Mam wrażenie, że jeszcze słychać na nich echo rozmów, odgłos trzaśnięcia drzwiami czy okna, które zamknęło się od przeciągu. Czy Pan tworzy w tych miejscach celowo elementy scenografii, żeby ten teatr mógł się zadziać?

To jest piękno, które czasem mam ogromne szczęście zastać. Fotografią zajmuję się od około 6 lat i tak naprawdę dosłownie kilka razy zdarzyło mi się coś przestawić.

Z założenia chcę złapać, zatrzymać to, co zastałem na miejscu. Więcej razy zdarzyło mi się sprzątać butelki po alkoholu, czy jakieś śmieci, niż tworzyć scenografię. Owszem, można się o to pokusić, bo wtedy zdjęcia miałyby jeszcze silniejszy przekaz, ale ja jednak wolę pozostać przy swojej zasadzie – pokazuję to, co zastaję.

Jak udaje się Panu dostać do tych opuszczonych miejsc i znaleźć spokój potrzebny do zrobienia zdjęć pokazujących często detale?

Wiem, co można sobie pomyśleć, patrząc na niektóre ze zdjęć, ale wbrew pozorom nigdzie się nie włamuję (śmiech). Proszę zwrócić uwagę, że często na moich fotografiach są miejsca opuszczone i, jak Pani wspomniała, zapomniane, często też niestety rozkradzione. Wejść do nich można po prostu… przez drzwi.

Czy wyobraża sobie Pan czasy, kiedy te opuszczone dziś miejsca tętniły życiem? Szuka Pan prawdy, informacji o nich? I o ludziach, którzy w nich funkcjonowali?

Za każdym razem myślę, jak dane miejsce wyglądało w latach swojej świetności, wypełnione ludźmi mieszkającymi, żyjącymi bądź pracującymi w nim. To jest jeden z najważniejszych czynników, który sprawia, że ruiny mnie przyciągają. Szukam wiadomości, zdjęć na temat odwiedzanych przeze mnie miejsc. Nie zawsze mi się to udaje, ale się nie poddaję. Nie znajdę wiadomości dziś, to może jutro, a może za kilka miesięcy trafię, całkiem przypadkiem, na jakąś notkę, informację, jakiś punkt zaczepienia, i poznam historię danego miejsca.

Pan się nie boi tak tam przechadzać? Zostawia Pan w domu kartkę dla bliskich, w które rejony zapuszcza się tym razem?

P.Ł.: Zawsze jest jakaś obawa, ale nie jest ona jednak na tyle duża, by zwalczyć moją ciekawość. Ona jak na razie cały czas wygrywa i myślę, że jeszcze długo nie ulegnie to zmianie (śmiech).

Spotkałem kilka razy bezdomnych na swoich plenerach. Zawsze jednak kończyło się na zwykłym „dzień dobry”, czy nawet na krótkiej rozmowie. Tylko raz zdarzyła mi się – powiedzmy – mniej przyjemna sytuacja, ale na szczęście skończyło się na wymianie zdań.

Jest element ryzyka, pasja większa niż tylko ciekawość, przekonanie, że to, co Pan robi, może jest ważne, pozwala na coś zwrócić uwagę. To się chyba nazywa… sztuka?

Fotografia jest moją pasją, tak się jakoś złożyło, że fotografuję ruiny, choć nie tylko, ale w przeważającej części. Czy to sztuka i czy jestem artystą – nie umiem na to odpowiedzieć.

Spotkałem się z pozytywnym odbiorem ze strony wielu osób, które określały mnie jako osobę utalentowaną. Ja siebie uważam za rzemieślnika, który już posiada jakiś warsztat, a teraz go rozwija. Siłą napędową są tu pasja i upór, aby robić dalej to, co się lubi.

Jak dobry sprzęt trzeba mieć, aby robić takie zdjęcia? To chyba nie jest hobby dostępne dla każdego?

Nawet najlepszy sprzęt nie gwarantuje robienia dobrych zdjęć. To nie aparat widzi, tylko my. Obecnie aparaty o naprawdę niezłych parametrach mamy w telefonach, o czym świadczy liczba zdjęć publikowanych na co dzień przez użytkowników mediów społecznościowych. Są wśród nich zdjęcia nijakie, ale i takie, które zatrzymują na dłużej. Aparat daje możliwości, ale nie zastąpi nigdy osoby za aparatem. To ona decyduje, co chce pokazać i jak chce to robić.

A obróbka? Czy Pan ma wizję, jak będzie wyglądało zdjęcie ostatecznie, zanim usiądzie Pan do komputera?

Wstępne założenia istnieją już na etapie robienia zdjęcia.

Zdarza się, że siadam do komputera i nagle dostaję olśnienia – dany kadr widzę zupełnie inaczej niż wtedy, gdy powstawał. Zdarza się też, że wracam w miejsce, w którym już byłem, by złapać inne nowe kadry, których mi zabrakło do pełni zadowolenia czy do dopełnienia galerii z danego miejsca.

Bywa też tak, że podczas sesji mam swoje typy, a gdy siadam do komputera, dochodzę do wniosku, że nic mi się nie podoba. Wtedy też wracam, aby jeszcze raz podejść do tematu.

Na blogu publikuje Pan też inne zdjęcia. Sporo portretów, sesje ślubne. Zwróciło moją uwagę to, że choć używa Pan różnych technik, to jednak często jako tło pojawiają się te opuszczone stare wnętrza. Nie myślał Pan o zorganizowaniu wystawy lub o wydaniu albumu?

Tak się jakoś składa, że ruiny ciągle się gdzieś w moich pracach przewijają. Czy myślałem o wystawie lub albumie? Tak, o jednym i o drugim. Ostatnio częściej, bo znajomi mnie do tego coraz bardziej namawiają i mobilizują. Powoli dojrzewam do tej decyzji. Myślę jednak, że będę miał problem z wybraniem tego, co najbardziej chcę pokazać (śmiech).

Mam nadzieję zatem na kolejne spotkanie – na Pana wystawie. Dziękuję za rozmowę.


Paweł Łuszczewski, rocznik 1983. Z wykształcenia filozof, na co dzień zajmuje się tematyką diametralnie inną niż robienie zdjęć. Od 6 lat pasjonat fotografii, w której większość swojej uwagi poświęca miejscom opuszczonym, przeznaczonym do rozbiórki.

https://www.facebook.com/PawellGaleriaZdjec

 

 

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.