Zatańczysz ze mną? Zouk!

Magia connection - chwili, która już się nie powtórzy

3 599

Na parkietach polskich salsotek, gdzie co tydzień bawi się nawet kilkanaście tysięcy osób, królują salsy liniowa i kubańska. Czas i przestrzeń dla siebie mogą tu też znaleźć miłośnicy bardziej zmysłowych tańców: bachaty i kizomby. Dla tańczących brazylijski zouk przeznaczona jest zazwyczaj oddzielna sala. To wymagający taniec, może dlatego, że z jego klimatu wychodzi się jak z… seansu filmowego. O magnetyzmie zouka, profitach z poddania się na parkiecie tradycyjnym rolom, szukaniu własnej drogi w życiu i pasjach rozmawiamy z parą instruktorów tego brazylijskiego tańca – Weroniką i Olgierdem Skibskimi.

Rozmawia: Anna Machnowska, zdjęcia: Adam Doroziński

„Daj się poprowadzić” – te słowa, choć są skierowaną do mnie uwagą instruktora tańca, w reakcji na toczoną przeze mnie istną walkę z partnerem, nie sprawiają, że czuję się nieswojo. „Spróbuj odpuścić kontrolę, zobaczysz, jak może być przyjemnie” – Olgierd zdaje się dawać obietnicę. Chwilę się waham. I drugą. Potem zaczynam czuć, jak poddaję się gestom partnera i… płynę. Kilka kawałków później drugi z instruktorów zauważa moje postępy: – „Widzisz, jak ładnie wykańczasz ten ruch” – mówi z ciepłym uśmiechem Weronika, prywatnie żona Olgierda. To mój drugi warsztat zouka – brazylijskiego tańca z… polskim akcentem w historii. W bogatej ofercie szkół, gdzie można nauczyć się tańców o pochodzeniu afrokubańskim i latynoamerykańskim, zouk mocno się wyróżnia. Ci, którzy widzieli go jedynie na filmach na kanale YouTube’a lub podczas imprez w klubach i szkołach, często mają dwa spostrzeżenia. Po pierwsze: tancerki zdają się nie mieć… kręgosłupa, a po drugie: w tym tańcu jest jakaś nieuchwytna magia, wyjątkowe połączenie między partnerami. Ci, którzy go spróbowali, mówią o flow, czyli stanie przepływu energii i wynikającej z niego euforii.

Ci, którzy posmakowali którejkolwiek z jego odmian, zazwyczaj nie wracają już do innych, szeroko pojętych, tańców afrokubańskich czy latynoskich. Co takiego jest w zouku, że nie lubi konkurencji? I co można dostać w zamian za wierność temu stylowi tańca?

Weronika Skibska: W moim odczuciu, w porównaniu do takich stylów jak salsa czy bachata dominikańska zouk jest o wiele bardziej wciągający, bo oprócz warstwy typowo zabawowej, rozrywkowej jest w nim również płaszczyzna emocjonalna, bardziej duchowa. W środowisku zoukowców taką płaszczyznę nazywamy connection, czyli wyjątkowym połączeniem między partnerami. Mimo, że praktycznie każdy utwór w czasie imprezy można tańczyć z kimś innym, to na ten krótki czas dwie osoby skupiają się tylko na sobie nawzajem. O ile w salsie dominuje atmosfera zabawy, dynamizmu, a prowadzenie jest oparte bardziej na impulsach, to w zouku wszystkie ruchy są bardziej płynne, a prowadzenie ciągłe i bez zbędnych napięć. Między partnerami wyraźnie przepływa energia i obie osoby są na tym skupione, dążą do podtrzymania tego połączenia.

Olgierd Skibski: W zouku nacisk położony jest na to, aby prowadzenie było lekkie, a to zachęca do tego, aby tańczący (partner skupiony na inicjowaniu ruchu, a partnerka – na podążaniu za nim) mogli się w pełni skoncentrować. To, co z tego wyjdzie, jest owocem naszej uważności. I to jest tak wyjątkowe.

Komuś, kto nie miał wcześniej styczności z tańcem w parze, taki kontakt jak w zouku może wydawać się zbyt intymny. Jak radzicie sobie z ewentualnym zażenowaniem początkujących kursantów? Nie boicie się, że ten zmysłowy kontakt może ich zrazić?

W.S.: Na początku raczej nie uczymy bardzo bliskiego kontaktu. Uczestnicy zajęć, kiedy już opanują podstawy, sami decydują, czy chcą tańczyć blisko, czy nie. Taki kontakt na początku może być trudny, zwłaszcza że na zajęciach partnerzy co chwilę zmieniają się między sobą. Ponieważ jednak na początku nauka kroków jest absorbująca, staramy się raczej skupić uwagę kursantów na rozluźnieniu i pozbyciu się napięć, a nie generowaniu kolejnych.

O.S.: Prowadzenie w zouku rzeczywiście bywa bardzo bliskie, w takim stricte fizycznym tego słowa znaczeniu, ale to bliskość sensualna, skupianie się na zmysłach, dotyku, interakcji. Nie jest to więc relacja seksualna. Ten aspekt bliskości jest w zouku kompletnie nieobecny. Dla wielu osób właśnie rozgraniczenie tych dwóch energii bywa najtrudniejsze.

Czyli to inna energia niż na przykład w tangu?

O.S.: Myśląc o zouku, lepiej odnieść się do kontaktimprowizacji, którą tańczy się w dowolnych parach, raz – z mężczyzną, innym razem – z kobietą. Ciało traktowane jest jako instrument, na którym chcemy zagrać coś pięknego. To, czy partnerzy zatańczą zouka blisko, czy nie, to kwestia umowy (często niewerbalnej) między dwojgiem ludzi, którzy chcą ze sobą zatańczyć.

W.S.: Prowadzenie w zouku jest propozycją partnera wobec partnerki, rodzajem zaproszenia do stworzenia wspólnie czegoś wyjątkowego. On inicjuje ruch, a ona odpowiada na ten sygnał – tak, jak go czuje. Jest tu także miejsce na to, by pokazać, że z czymś czuje się niekomfortowo. Uczymy na kursach, że partnerzy muszą respektować granice partnerki, ale i wykazywać postawę opiekuńczą. W tym tańcu dominacja mężczyzny jest raczej związana z odpowiedzialnością, a nie z jakąkolwiek rywalizacją.

To prawda, że zouk ma coś wspólnego z lambadą?

W.S.: Historia zouka jest długa i ciekawa, zwłaszcza, że znajdujemy w niej polski akcent [śmiech]. Niestety sprawdzonych informacji o pełnym pochodzeniu zouka jest mało, dlatego nie da się z całą dokładnością odtworzyć jego historii. Dzięki nieocenionej pracy, którą wykonała nasza koleżanka Ania Bul…

O.S.: … swoją drogą jedna z najlepszych warszawskich tancerek…

W.S.: … przy zbieraniu i systematyzowaniu dostępnych danych, wiemy, że mieszkańcy Karaibów, zafascynowani muzyką europejską, w szczególności walcami i mazurkami Chopina, zaadaptowali je do lokalnej muzyki, głównie tworzonej przez czarną ludność zamieszkującą wyspy. Tak powstała tzw. mazouka, czyli nazwa gatunku muzycznego i tanecznego. Potem – w wyniku fuzji wieli wpływów muzycznych, w tym rytmów afrykańskich, mazouka ewoluowała i teraz mówi się, że zouk jest skrótem tej nazwy.

O.S.: W latach osiemdziesiątych muzyka zouk dotarła do Brazylii, gdzie tańczono już wówczas od dłuższego czasu lambadę. Brazylijczykom spodobało się tańczenie lambady do karaibskich melodii i rozwijali ten styl tańca w oparciu o nieco inną w charakterze muzykę zouk. Następnie „matka zouka brazylijskiego” Renata Peçanha, wywodząca się z tańca klasycznego i jazzu, mając odczucie, że lambadzie brakuje owego flow, razem ze swoim partnerem Adilio Porto usystematyzowała nieco kroki, dodała do nich szereg elementów pochodzących z takich tańców jak tango, bolero, brazylijskie forro, taniec współczesny oraz klasyczny i tak powstał zouk brazylijski, który obecnie tańczymy.

W.S.: Oczywiście ten taniec jest stosunkowo młody, więc stale się rozwija. Dziś istnieje wiele jego stylów i sposobów interpretacji. Olgierd i ja tańczymy głównie tradycyjnego zouka, chociaż mam wrażenie, że znając tyle odcieni i wpływów, każdorazowo tworzymy własny styl.

O.S.: Tak, to taki eklektyzm, tyle że w tańcu [śmiech].

Uczestnicy Waszych zajęć podkreślają często, że kontynuują naukę „u Skibskich” ze względu na szczególny klimat, który panuje na zajęciach. Nie dość, że potraficie przekazać wiedzę i stworzyć przyjazną atmosferę, to jeszcze, jak się Was obserwuje, to wrażenie wspomnianego flow jest podwójne. Mowa o wzajemnej trosce, chęci wyeksponowania talentu i umiejętności partnera, a także o czułości, która w żaden sposób nie koliduje z profesjonalizmem. Jak udaje się Wam to osiągnąć?

W.S.: [Przez chwilę milczy i ukradkiem ociera łzę]. My na pewno mamy ze sobą bardzo dobre porozumienie…

O.S.: Mieliśmy wiele szczęścia, trafiając na siebie. Uważam, że Weronika jest bardzo wyjątkową osobą. Jestem wielkim szczęściarzem, mogąc być u jej boku [uśmiecha się do żony z czułością]. Na początkowym etapie naszej znajomości byłem niesamowicie zazdrosny. Weronika chodziła na liczne imprezy salsowe, tańczyła z innymi facetami.

W.S.: A mnie tak strasznie zależało, żeby Olgierd był częścią tego świata… Dlatego próbowałam zarazić go pasją do tańca. Tańczyłam wtedy głównie salsę.

O.S.: To, co ja znałem z kontaktu między kobietą a mężczyzną z treningów sztuk walki, nie wyglądało dla mnie wtedy nawet w połowie tak niepokojąco, jak to, co działo się na parkiecie, kiedy Weronika tańczyła z mężczyznami [śmiech].

W.S.: Wcale mnie nie dziwi, że patrząc np. na parę tańczącą salsę, widząc ile jest w tym zabawy, uśmiechów, dotyków i gestów, dla kogoś z zewnątrz może to wyglądać to dwuznacznie. Z czasem jednak Olgierd zrozumiał, jak ja podchodzę do tańca i czego na pewno w nim nie szukam, a także jak reaguję, kiedy partner oczekuje czegoś więcej. Trzeba umieć postawić granice. Jeśli dziewczyna czuje się niekomfortowo, powinna dać wyraźny sygnał, że nie jest zainteresowana.

Realizowanie się we wspólnej pasji, jako tancerze i uczący zouka, ma chyba dla Was spore znaczenie…

W.S.: To dla mnie ważne, aby być jak najlepszą partnerką w tańcu dla Olgierda. Bardzo mi zależy na połączeniu, o którym wcześniej wspomnieliśmy. W czasie zajęć mam ten komfort, że mogę Olgierdowi zwrócić na coś uwagę, czy jak mam słabszy moment, poprosić go, żeby przejął inicjatywę. I nawet mogę się do niego przytulić [uśmiecha się czule do męża].

O.S.: Nasza relacja przekłada się na taniec. Szczególnie że obydwoje jesteśmy perfekcjonistami. Dzięki temu, że jesteśmy parą w życiu, możemy wymagać od siebie znacznie więcej.

Uczenie tańca to nie jest Wasze jedyne zajęcie, macie też tzw. normalne prace. Czy zostaje Wam jeszcze czas na… życie? Czy ono składa się głównie z pracy zarobkowej i tańca?

W.S.: Mam wrażenie, że my robimy w życiu aż za wiele [śmiech]. I ciągle próbujemy czegoś nowego. Choć lubię swoją pracę, szczególnie organizowanie wydarzeń i konferencji [Weronika pracuje w agencji PR – przyp. red.], to czasem żałuję, że nie mogę jeszcze bardziej poświęcić się tańcowi. Obawiam się jednak tego, że z tańca utrzymać się mogą tylko ci najbardziej wybitni.

Boisz się, że za taką decyzją mało byłoby tak naprawdę samego tańca, a działania stałyby się zdominowane przez sprawy organizacyjne?

W.S.: Nie, pewnie od tego moglibyśmy mieć kogoś, kogo fascynuje ta część biznesu. Myślę jednak, że z racji tego, że mamy wiele różnych pasji, życie wyłącznie z tańca mogłoby nas zacząć w pewnym sensie ograniczać.

O.S.: Życie osób, które tańczą, nawet jeśli jest to przede wszystkim pasja, jest przez to i tak dość mocno zdeterminowane. Ostatnio w prawie każdy weekend jesteśmy poza domem. A to byliśmy na warsztatach międzynarodowych w Krakowie, a to na festiwalu we Wrocławiu, wcześniej była jeszcze Praga, a zaraz będzie kolejna część kursu w Warszawie. To jest niezwykłe, jak zmienia się życie osób, które oddają się pasji. W przypadku tancerzy to gotowość do jeżdżenia po całym praktycznie świecie, żeby móc się rozwijać, tańczyć z najlepszymi tancerzami i u najlepszych instruktorów. To bywa trudne, bo imprezy taneczne często kończą się o tej godzinie, o której ludzie chodzą do pracy [śmiech].

Kto może przyjść na zajęcia zouka?

W.S.: Najmłodsi uczestnicy naszych kursów mają ok. 18 lat. Zdarzają się jednak kursanci i bywalcy imprez zoukowych mający około sześćdziesiątki.

O.S.: Nie ma uwarunkowań stricte fizycznych, które ograniczałyby kogokolwiek w tym, aby zacząć tańczyć zouka. Co prawda niektórych może odstraszać to, co widzą na filmikach lub imprezach [śmiech]. Jednak zouk ma wiele obliczy. Nie trzeba wykonywać zaawansowanych figur, żeby mieć przyjemność z tego tańca.

W.S.: Dlatego najważniejsze jest porozumienie i wspomniane connection. Kiedy Olgierd tańczy z jakąś inną partnerką i wie lub wyczuwa, że ona na przykład nie lubi robić obrotów, to nie będzie ich inicjował. Ja z kolei mogę nie czuć tego połączenia nawet z bardzo dobrym tancerzem, bo mimo, że wykonuje szereg zaawansowanych figur, to jednak nie będzie zwracał uwagi na to, czy ja czuję się dobrze i bezpiecznie w tańcu.

O.S.: Na zajęcia przychodzi dużo młodych ludzi, a wśród nich bywają takie [partnerki] mniej elastyczne i gorzej poddające się energii wynikającej z tańca niż dojrzalsze osoby. W zouku trzeba mocno wyhamować, zatrzymać się na chwilę, skupić się na danym momencie. Tego coraz bardziej brakuje we współczesnym świecie. To, że czuję wobec tego wewnętrzną niezgodę, było jednym z powodów, dla których rzuciłem pracę w korporacji i zająłem się pracą przy start-upie i tańcem.

W.S.: I dlaczego własnoręcznie zrobiłeś nóż…

Olgierdzie, sam zrobiłeś nóż…?

O.S.: To długa historia…

W.S.: Olgierd któregoś dnia, za namową kolegi, nie mając pojęcia o robieniu noży, kupił kawałek stali, wybrał drewno na rękojeść, 20 pilników i tak powstało dzieło sztuki! [Weronika nie ukrywa dumy].

O.S.: W dużym stopniu właśnie epizod z nożem zmobilizował mnie do zmiany stylu życia. Jakiś czas szukałem swojej drogi i czuje, że teraz jestem bliski jej znalezienia. Dzięki pracy w małej firmie mogę realizować się na wielu polach. Zajmowałem się grafiką i animacją, wykonywałem też analityczne zadania. Do tego mam czas na taniec. Weronika także rozwija się na wielu płaszczyznach, chociażby jako DJ na imprezach zoukowych czy komponując własne perfumy.

Przenosicie pracę instruktorów tańca do domu? Czy ma ona wpływ na Wasze życie prywatne?

O.S.: Tak. Mamy też poczucie, że to nie tylko wspólnie prowadzone zajęcia, lecz także jakieś autentyczne wspólne doświadczenie. Świetnie się razem bawimy i na pewno dobrze to na nas wpływa.

W.S.: W domu często zastanawiamy się, jak najlepiej przekazać ideę zouka naszym uczniom. Tego nie da się zamknąć w godzinie zajęć. Szczególnie, jeśli mówimy o wspomnianej uważności i budowaniu connection. Zależy nam, aby każdy, kto wyjdzie z naszych zajęć, umiał nie tylko słuchać muzyki i ją interpretować przez ruch, lecz także, aby umiał odnaleźć w tańcu porozumienie z partnerem.

Wyłapujecie moment, w którym Wasi uczniowie zaczynają czuć frajdę z tańca? Cieszy Was to, że jesteście współtwórcami tego sukcesu?

W.S.: Na początku, kiedy puszczamy muzykę, kursanci wykonują ruchy nerwowo, ale z czasem oswajają się i zaczynają poddawać się energii tańca. Staje się on bardziej płynny i przestrzenny. Miło jest na to patrzeć.

O.S.: To jest proces. Staramy się dawać różne wskazówki zarówno grupie, jak i konkretnym osobom, na różnych etapach. Dojście do punktu, w którym taniec zaczyna dawać prawdziwą radość, to jednak przede wszystkim praca indywidualna każdego z kursantów. My im w tym tylko dyskretnie towarzyszymy. Tak jak nas kierowali na początku drogi instruktorzy – Renata Popis, Zuza Sadowska, Mariusz Lewandowski i Michał Wysoczański. W dużej mierze im zawdzięczamy to, gdzie teraz jesteśmy.

W.S.: Za większą śmiałością i pewnością w tańcu nadchodzi wybór ulubionego stylu. Zouk jazzowy, współczesny, ale i R&B, który trochę wygląda jak hip-hop, tyle że tańczony w parze. Wszystkich tych odmian można spróbować na imprezach i festiwalach tańca. Duży wachlarz muzyki, do której można tańczyć zouka skłania do takich eksperymentów i poszukiwań.

Podkreśliliście kilkakrotnie, że w zouku to mężczyzna inicjuje ruch, a kobieta podąża za jego prowadzeniem. Nie uważacie, że to się trochę kłóci z tendencjami we współczesnym świecie?

O.S.: Myślę, że wręcz przeciwnie. Dla kobiety to może być fascynujące móc oddać partnerowi kontrolę nad tym, co wydarzy się w tańcu. Przekonać się, co on dla niej wykreuje. Ta kreacja wiąże się też z odpowiedzialnością za to, jak partnerka poczuje się w tańcu, czy będzie jej się podobała ta energia, którą razem w tańcu wytworzą. Każdy z nas inaczej rozumie muzykę i inaczej ją interpretuje, więc o ile ostateczny efekt jest wynikiem działania obojga partnerów, o tyle za kreację tańca w dużej mierze odpowiada partner.

Wśród uczestniczek Waszych kursów poznałam kobiety, które z wielką przyjemnością odnajdowały się w roli podążających za partnerem. Byłam świadkiem sytuacji, kiedy przy ćwiczeniach zaczerpniętych z kontakt improwizacji chcieliście, abyśmy zamieniali się rolami w podążaniu z zamkniętymi oczami za dłońmi partnera. Partnerki żartobliwie buntowały się na znak, że mają prowadzić. W jednej z nich rozpoznałam dyrektor dużego przedsiębiorstwa, w innej osobę, która na co dzień jest silną kobietą z inicjatywą…

O.S.: Pewnie nie będę popularny w tym, co teraz powiem, ale jestem fanem tradycyjnych ról kobiety i mężczyzny. I nie chodzi w tym wcale o to, aby ograniczyć kobiety w jakikolwiek sposób. Wydaje mi się jednak, że naturą człowieka jest, że jeśli zbyt długo lub intensywnie odczuwa bycie uciskanym w jakiejś kwestii lub często musi upominać się o swoje prawa, to w momencie, kiedy te ograniczenia przestają istnieć, często popada w skrajności. Wiele kobiet w dzisiejszych realiach może sobie nie dawać nawet szansy na to, aby poczuć się w pełni kobieco przy mężczyźnie. Taniec daje swobodną możliwość wejścia na nowo w tradycyjnie role. Staje się prawdziwą przyjemnością, kiedy można odpuścić kontrolę i zaufać partnerowi, który na pewno będzie starał się zaopiekować partnerką w tańcu, bo czuje ciężar spoczywającej na nim odpowiedzialności.

I mówi to życiowy partner kobiety, która jest świadoma siebie i rozwija się na tak wielu płaszczyznach?

O.S.: To nie przeszkadza mi opiekować się Weroniką na każdym etapie tej drogi.

W.S.: W tańcu każde z partnerów daje coś z siebie. Partnerka obdarza partnera zaufaniem i poddaje się jego prowadzeniu. Partner z kolei…

O.S.: Odwala całą ciężką robotę [śmiech].

W.S.: [Śmiech]. Myślę, że nagrodą będzie to, że znowu z nim zatańczy.

Czy para, która ma ze sobą taki kontakt i realizuje się we wspólnej pasji, miewa gorsze dni? Kłócicie się o cokolwiek?

O.S.: Taaak… O to, kto kogo poderwał [śmiech].

W.S.: Olgierd uważa, że on mnie, tymczasem ja wiem, że to ja wykonałam ten pierwszy krok!

A gdzie się poznaliście?

W.S.: Na kursie na prawo jazdy na motocykl.

I jaki jest finał tych sprzeczek?

O.S.: Nadal żadne z nas nie ma prawa jazdy na motocykl.

 

O Skibskich kursanci mówią, że flow pomiędzy nimi jest szczególnie dostrzegalne. – Oni mają jakąś nieopisaną energię, która nie tylko wciąga w zouka tak, że jeśli raz się go spróbowało, to chce się więcej i więcej, lecz także daje wrażenie oglądania spektaklu w wykonaniu tych dwojga – mówi jedna z uczestniczek crash course’u, czyli intensywnego szkolenia weekendowego.

 

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.